Nie jesteśmy samotną wyspą…

W naszym świecie długo panował mit „ja” – samotnej jednostki, która powinna być samowystarczalna. Zachodnia kultura gloryfikowała indywidualizm, a samotne zmaganie się z losem miało być oznaką siły. A jednak – coraz wyraźniej widać, że to złudzenie. Nie jesteśmy wyspami. Jesteśmy utkanym ze sobą nawzajem systemem.

W psychoterapii codziennie spotykam dowody na to, że „ja” zawsze istnieje w kontekście „my”. Nasze emocje, reakcje, nawet sposoby myślenia powstają i zmieniają się w sieci relacji. Gregory Bateson miał rację – umysł nie kończy się w naszej głowie. Rozciąga się na to, co dotykamy, kogo kochamy, kogo słuchamy. Neurobiologia tylko to potwierdziła: nasze mózgi są plastyczne, a zmiana dokonuje się wtedy, gdy spotykamy kogoś, kto reaguje inaczej niż dawny świat.

To „my” kształtuje „ja”.
Kiedy dziecko patrzy w czułe oczy rodzica, jego mózg uczy się regulacji. Kiedy partnerzy obejmują się w trudnym momencie, ich układy nerwowe zsynchronizowane obniżają napięcie. Nawet proste trzymanie za rękę potrafi zmniejszyć ból fizyczny i emocjonalny. Badania nad izolacją pokazują odwrotną stronę – bez kontaktu, bez wspólnoty, psychika się rozsypuje.

Widzimy to także w codziennych historiach. Ile razy w relacji próbujemy na siłę powtarzać dawne wzorce – wybuchy gniewu, wycofanie, chłód – dopóki ktoś nie zatrzyma tego schematu. Tak jak Ernesto, który dopiero w kontakcie ze swoją żoną i własnym wstydem zobaczył, że nie chce już dłużej być kopią krzywdzącej przeszłości. Ta przemiana nie wydarzyła się w samotności. Ona narodziła się w dialogu, we wspólnym polu doświadczenia.

Dan Siegel pisał, że mózg jest organem społecznym. Esther Perel dodaje – oczekujemy dziś od jednej osoby (partnera), by była całą naszą wioską. To ogromne obciążenie, ale też dowód, jak bardzo potrzebujemy więzi. Nasze relacje są więc nie tylko źródłem radości, ale też koniecznym warunkiem zdrowia – psychicznego, fizycznego, egzystencjalnego.

Nie ma „ja” bez „my”. To, co nazywamy sobą, powstaje w lustrze spojrzenia drugiego. Bliskość, wspólnota, miłość – to nie dodatki do życia. To samo życie. I to właśnie we „wspólnie” uczymy się najwięcej – o tym, kim jesteśmy, jak możemy się zmieniać, i jak nieść własne rany tak, by nie przekazywać ich dalej.

Właśnie dlatego w pracy terapeutycznej tak wiele miejsca poświęcam relacjom. Bo to one są glebą, w której dojrzewamy i w której uczymy się na nowo oddychać po trudnych doświadczeniach.

W gabinecie często widzę, jak bardzo „ja” potrzebuje „my” – jak wiele ulgi przynosi samo doświadczenie bycia usłyszanym i potrzymanym w obecności drugiej osoby. Czasem to pierwszy krok, by odtworzyć w sobie poczucie bezpieczeństwa, które wcześniej było niedostępne.

Tworząc przestrzeń do spotkania – indywidualnego czy grupowego – staram się, by każdy mógł odkrywać nie tylko siebie, ale i tę większą sieć, do której należy. To właśnie w relacji zaczyna się uzdrawianie.

Jeśli czujesz, że jesteś w miejscu, gdzie potrzebujesz takiego doświadczenia – zapraszam Cię do kontaktu. Razem możemy poszukać Twojego „my”, które daje oparcie i pozwala odzyskać spójność.

 

Dodaj komentarz